Listopad 2007, czas kurewsko uniwersalny
Bolisz mnie, po prostu mnie bolisz, bolisz mnie ciągle i wciąż, nie licząc tych nielicznych momentów, w których myślę o kimś innym, poza tymi momentami właśnie Ty bolisz mnie najbardziej, męczy mnie to, bo jestem przecież silna i nie lubię kiedy ktoś mnie boli, a tu jednak okazuje się że jestem słaba, na tyle słaba, abyś wciąż mnie bolał; nie chcę być słaba, słabi ludzie przegrywają, uczyłam się unikać słabych ludzi; kiedyś - bo uważałam ich za ciągnące mnie w dół, zagubione, demonizujące istoty, a teraz - dlatego że tak bezlitośnie przypominają mi mnie, bo ja też jestem tak samo smutnie słaba jak oni i wcale a to wcale w niczym nie lepsza; gdybym była lepsza i silniejsza, przestałbyś mnie boleć; ale Ty wciąż uparcie bolisz, bolisz swoim unikaniem zadawania bólu, bolisz szczęściem wysyłanym radośnie w każdym prócz jednego kierunkach, bolisz swoją nagłością i krótkotrwałością, bolisz niewyśnionym snem wariata i nieobecnością, i tym wysokim murem bolisz, i bolisz nieosiągalnością, i zatrzaśniętymi drzwiami bolisz; chciałabym nie wstydzić się wreszcie werteryzować, miałabym przecież predyspozycje by stworzyć coś ckliwego, poruszającego, pięknego; ale to wciąż będzie przykra manifestacja słabości, a na co mi kolejna manifestacja słabości, starczą już te które tu tak skrupulatnie zbieram dla wątpliwych potomnych chyba; zresztą, jakby nie patrzeć, właśnie skończyła pisać się kolejna; tylko że nijak sensu w tym nie widzę, bo ani mi lżej, ani czytelnikowi przyjemniej, a adresat to już w ogóle dawno jest gdzie indziej i wiedzie szczęśliwe życie błogo nieświadomego łamacza kobiecych serc.
Kretynizm ! No kretynizm !